czwartek, 8 grudnia 2016

Rozdział dwudziesty

~krótka informacja, bo notek na końcu nikt nie czyta~
Rozdział miał być 6 grudnia. Miał być. Ale wstawiam dopiero teraz. Przepraszam. Od razu uprzedzam, że jest krótki, nawet bardzo. Ale cóż, miłego czytania!
Nie zwracajcie uwagi na chwilowy bałagan. Powiem tylko tyle: nie znoszę bloggera.

***
Od pamiętnej rozmowy z Emily minęły dwa tygodnie.
Stawałam się coraz bardziej nieobecna i zamknięta w sobie. Oczywiście, przy Huncwotach i Lily starałam się grać „dawną” Rose, jednak w głębi duszy dobrze wiedziałam, że dawnej mnie już nie ma.
Opuściłam się w nauce. Nie mogłam się na niczym skupić – cały czas pracowałam nad bardzo niebezpiecznym, ryzykownym, ale niewykluczone, że skutecznym planem.
Musiałam oddać się w ręce mojego ojca.
Tego chciał. Mieć mnie dla siebie. Jeszcze nie wiedziałam po co, ale pewne było, że aby osiągnąć cel, ucieknie się do wszelkich możliwych środków.
To był jedyny sposób, by ochronić Syriusza.
Nie podjęłam tej decyzji z lekkim sercem. Jestem w końcu egoistką, i to straszną. Każdego dnia, kiedy się budziłam, czułam ukłucie w sercu. Jeśli chcesz uratować Syriusza, będziesz musiała opuścić Hogwart. Będę musiała opuścić miejsce, które jest moim drugim domem.
Innej opcji nie było. To jedyna możliwość.
— Rose! Słuchasz mnie?
Zamrugałam parę razy. Nade mną pochylała się Lily.
— Tak nie bardzo — przyznałam szczerze. — O co chodzi?
— Jutro walentynki! — zawołała podekscytowana.
Przewróciłam oczami. Dzisiaj Lily miała akurat dobry nastrój, jednak nigdy nie wiadomo, co będzie jutro.
— Oczekujesz, że ktoś cię zaprosi? — spytałam ostrożnie. Jej dobry nastrój niekoniecznie musiał oznaczać „dzisiaj lubię Jamesa”.
Zarumieniła się.
— Możliwe — wyszeptała, patrząc w podłogę. — A ty?
Miałam ochotę się roześmiać. W obecnej sytuacji zastanawianie się nad tym, z kim spędzę walentynki wydawało mi się najmniejszym problemem. Jednak nie chciałam pokazywać, że cokolwiek jest ze mną nie tak. Postanowiłam udawać, że wszystko jest w porządku. Od jak dawna okłamuję wszystkich dookoła?
— Syriusz raczej coś wymyśli — stwierdziłam, starając się brzmieć realistycznie.
— Ty to masz szczęście — westchnęła.
Prychnęłam. Ja mam szczęście? Miałam ochotę wykrzyczeć jej to wszystko w twarz. Bezsenne noce, które spędziłam na zastanawianiu się co robić, by Syriusz mógł bezpiecznie żyć. Te chwile, w których czułam się naprawdę samotna i wiedziałam, że to tylko i wyłącznie moja wina. I ona śmie twierdzić, że mam szczęście?
Jednak jeśli mogłam kogokolwiek winić za sytuację, w której się znalazłam, to tylko i wyłącznie siebie. Sama skazałam się na taki los. Ba, wybrałam go. To ja wkroczyłam na tą niebezpieczną ścieżkę. Nikt mi nie kazał.
Po rozmowie, kiedy oznajmiłam wszystkim, kim naprawdę jestem przez moment było naprawdę dobrze. Czułam, że znowu zaczynam żyć. Chodziłam z Huncwotami po Hogwarcie, nawet uczestniczyłam w jednym z ich dowcipów.
Jednak to wszystko było tylko iluzją. Iluzją bezpiecznego, nieskomplikowanego życia. Dochodziło to do mnie powoli, ale w końcu w pełni zrozumiałam tego znaczenie.
Nie byłam tą osobą co wcześniej. Kto wie, może w rzeczywistości nigdy nią nie byłam? Zachowywałam się sztucznie, by zachować pozory normalności?
Szkoda, że uświadomiłam sobie to wszystko dopiero teraz. Teraz, kiedy jestem otoczona ludźmi, na których mi zależy. Których ranię moim zachowaniem.
Dlatego robię to wszystko. Bo kocham moich przyjaciół i zrobiłabym dla nich wszystko. Pomimo, że jestem cholerną egoistką.
To właśnie dlatego teraz uśmiechnęłam się z wysiłkiem.
— Tak, masz rację. — Choć to były moje słowa, czułam się, jakby wypowiadała je zupełnie inna osoba. — Mam szczęście.

***

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Rozdział pierwszy

- Rose! - usłyszałam skrzekliwy kobiecy głos. Zacisnęłam powieki. – Rose! Wstawaj!
Z niechęcią otworzyłam oczy i zmusiłam się do normalnej odpowiedzi
- Oczywiście…ciociu – powiedziałam z lekkim oporem. Ona w rzeczywistości nie była moją ciocią. - Już wstaję – wyszłam z łóżka i zaczęłam rozczesywać włosy.
- Dzisiaj wielki dzień! - zaskrzeczała „ciocia” - Nie możesz zaspać!
Cicho jęknęłam. Ma rację. Dzisiaj jest bardzo ważny dzień.
Pierwszy dzień w Hogwarcie. I ceremonia wyboru.
Wszyscy wymagali ode mnie żebym trafiła do Slytherinu. Nieustannie wpajali mi zasady na temat czystości krwi.
- Właśnie, moja droga Rose Skylor! - usłyszałam chłopięcy głos doskonale parodiujący skrzekliwy głos mojej „cioci”, a jego matki – Wstawaj wreszcie, bo inaczej pożałujesz!
Uśmiechnęłam się lekko. Myliłam się – NIE wszyscy chcieli żebym była w Slytherinie.
Do pokoju wszedł czarnowłosy chłopiec, uśmiechając się zawadiacko.
- Syriusz! - krzyknęłam ze śmiechem – Wyjdź stąd. Muszę się ubrać.
- Oczywiście. – mrugnął do mnie, po czym podszedł bliżej i szepnął – Nie martw się. Nie będziesz w Slytherinie, tak samo jak ja. Wiem to na pewno.
Odsunął się ode mnie, uśmiechnął się po czym wyszedł z pokoju.
Pokręciłam lekko głową. Jak on to robi? Zna wszystkie moje myśli, moje zmartwienia lepiej ode mnie!
Ja z Syriuszem byliśmy „kuzynami”, ale tak naprawdę nie byliśmy spokrewnieni. Ja zostałam adoptowana przez rodzinę Blacków jako mała dziewczynka. Moi rodzice zginęli podczas pewnej „bardzo niebezpiecznej misji zleconej im przez samego Czarnego Pana” - przypomniałam sobie słowa Oriona Blacka. Mówił to dumnym głosem, jakbym powinna być z nich dumna, ale nie jestem. Wstydzę się za nich. Przez Czarnego Pana! Czyli przez Lorda Voldemorta. Ja aż za dobrze wiedziałam co on zamierza zrobić – w tym domu nieustannie się o tym mówiło. Pokręciłam głową z dezaprobatą. Cokolwiek by się nie działo, nie zamierzam trafić do Slytherinu. Nie chcę być taka jak moi rodzice.
Usłyszałam głos Walburgii. Pewnie woła mnie i Syriusza na śniadanie. Z lekką rezygnacją opuściłam pokój i powlokłam się do kuchni. Dlaczego inna rodzina nie mogła mnie zaadoptować?
Ale kiedy zobaczyłam siedzącego przy stole Syriusza rozwiały się wszelkie moje wątpliwości. Syriusz był moim najlepszym przyjacielem. Nie mogłabym go zostawić. Nigdy.
- Dzień dobry – powiedział Orion Black popijający kawę
- Dzień dobry – wymamrotałam. Usiadłam do stołu i rzuciłam okiem na jego zawartość. Chleb, ser, szynka...chciałam jeść, ale żołądek zawiązał mi się w supeł. Wzięłam kromkę chleba i zaczęłam ją powoli jeść.
Walburgia pokiwała głową współczująco
- Stres, prawda? Ale nie masz się co przejmować...trafisz do najlepszego domu…
- Czyli na pewno nie do Slytherinu – parsknął Syriusz – W rankingu moich najlepszych domów on tkwi na samym końcu.
- Cicho bądź – syknęła kobieta patrząc na syna ze złością.
- Ale Syriusz ma rację! - poczułam, że muszę się odezwać – Slytherin wcale nie musi być najlepszym domem... A ja nie muszę do niego trafić. Syriusz też nie – zakończyłam.
Patrząc na twarz Walburgii niemal pożałowałam, że się odezwałam. Siedzący przy stole Regulus – młodszy brat Syriusza – patrzył to na swoją matkę, to na mnie, to znowu na Syriusza jakby oglądał interesujący mecz tenisowy.
- Mi się wydaje – powiedziała Walburgia na pozór spokojnym głosem – że trafisz do domu najlepszego dla ciebie. A jest nim Slytherin! - podniosła głos – Trafisz do niego chociażby ze względu na Twoje pochodzenie… - powiedziała już bardziej do siebie – zresztą, nieważne. Skończyliście śniadanie? Kufry spakowane? Chodźcie już, jedziecie razem z kuzynkami.
- Z Bellą?! - wrzasnął Syriusz.
- Coś Ci nie pasuje? - odkrzyknęła kobieta.
- Twoja matka ma rację – wtrącił się Orion. – Bella jest odpowiednim dla was towarzystwem. Jest…
- Jest POTWOREM! - przerwał mu Syriusz.
- Co ci się właściwie w niej nie podoba? - syknął jego ojciec.
- Wszystko. Sam fakt, że istnieje jest powodem żeby ją znienawidzić – odpowiedział Syriusz.
- DOŚĆ TEGO! - Walburgia podniosła głos – JEDZIEMY Z NIMI. JUŻ!!!
Wstałam od stołu i wzięłam swój kufer. Perspektywa podróży z kuzynkami Syriusza nie napawała mnie optymizmem.
Były od nas starsze. Bellatrix o trzy lata, Narcyza o rok. Obydwie miały obsesję na punkcie czystości krwi i Czarnego Pana. Zwłaszcza Bellatrix – kiedy o nim mówiła zdawała się znać go osobiście. Jej życiową ambicją było dołączenie do Śmierciożerców – sług Lorda Voldemorta.
Była jeszcze Andromeda – starsza od nas o dwa lata. Ona jako jedyna traktowała mnie i Syriusza normalnie.
- No cóż – powiedziałam głośno głosem wprost ociekającym ironią – szykuje się WSPANIAŁA podróż.

***
Wstawiam jeszcze raz, bo blogger mi usunął.
KOCHAM BLOGGERA.

UWAGA!

Ważne zmiany!
Ponieważ pierwsze osiem rozdziałów mi się usunęło, publikuję je dzisiaj. Wszystkie, po kolei.
Po drugie. Zaszły w nich ważne zmiany dla fabuły, jeśli ktoś jest ciekawy - zapraszam.
Po trzecie. Dzisiaj będzie bardzo, ale to bardzo krótki rozdział. Jednak będzie z okazji "mikołajkowego prezentu"
~AnesBlack

niedziela, 4 grudnia 2016

...

Czy to ptak? A może rozdział?
Nie.
Usunęło mi się pierwsze siedem rozdziałów. Samo z siebie. Teraz jestem zła, bo nie mam pojęcia co zrobić. Publikować je od nowa? Zniszczy się wygląda całego bloga. A może usunąć wszystko i zacząć od nowa? Nie chciałabym tego, ale po raz kolejny blogger coś niszczy. Raz usunął mi wszystkie komentarze, a teraz to.
Jeżeli ktoś się na tym zna - proszę o pomoc. Proszę pisać w komentarzach.
Pozdrawiam
~Zdenerwowana Anes Black

sobota, 12 listopada 2016

Rozdział dziewiętnasty

Leżałam w łóżku, rozmyślając nad minionymi wydarzeniami. Było już koło trzeciej w nocy, a ja nadal nie mogłam zasnąć.
Z jednej strony czułam niewyobrażalną radość. Wreszcie zrzuciłam z siebie ciężar, z którym się męczyłam. Mogłam patrzeć moim przyjaciołom w twarz bez ciągłego poczucia winy, ale z drugiej strony brakowało mi Emily. Bolał mnie fakt, że tak łatwo się ode mnie odwróciła. Miałam ją za przyjaciółkę, a ona z byle powodu mnie wystawiła? Może to nie był byle powód — odezwał się natrętny głos w mojej głowie. Jesteś córką potwora. Nic dziwnego, że Emily nie chce się z tobą zadawać…
Nie. Stop. Nie mogę tak myśleć. To do niczego nie prowadzi. Próbowałam sobie przypomnieć słowa, którymi pocieszał mnie Syriusz, ale zamiast tego wróciły wspomnienia.
Syriusz, torturowany przeze mnie. Jego krzyki, niosące się po całej rezydencji. Zacisnęłam oczy, jednak obraz istniejący w mojej głowie nie zniknął. Wyrzuty sumienia powróciły. To wszystko przeze mnie.
Skuliłam się na łóżku, usiłując się uspokoić, jednak było już za późno. Cały czas widziałam obrazy torturowanego Syriusza, który woła o pomoc. Próbowałam się opanować. Przecież nic nie mogłam zrobić! Jednak w głębi duszy wiedziałam, że mogłam. Mogłam być odważniejsza. Mogłam nie mówić Blackom, czego się dowiedziałam. Zrobiłam to w złości, nie działałam racjonalnie. Przez to Syriusz musiał cierpieć.
Jestem zwykłym tchórzem. Przez tyle czasu bałam się wyjawić moim przyjaciołom prawdy o moim pochodzeniu. Dopiero teraz, pod koniec stycznia wreszcie to zrobiłam. Przez prawie cały miesiąc wszystkich okłamywałam. Tak, czuję się dobrze. Nic mi nie jest. To tylko chwilowe zmęczenie.
Próbowałam myśleć trzeźwo. Owszem, narobiłam wiele złych rzeczy. Ale w końcu się przełamałam, prawda?

Nagle sobie uświadomiłam, że to przecież nie koniec moich przykrości. Owszem, oznajmiłam przyjaciołom kim jestem, ale co z tego? Wyjechałam od Blacków, ale na jak długo? Przecież kiedy wrócę na wakacje lub Wielkanoc, nie stwierdzą nagle to, że jesteś córką Voldemorta, to nic takiego. Zapomnij o tym, co się działo w czasie świąt, dobrze? Teraz zaczniemy wszystko od nowa. Przecież mam ojca, który się kiedyś o mnie upomni. Inaczej na pewno nie chciałby mieć dzieci. On, bezuczuciowy potwór nie spłodziłby córki dla przyjemności. Musiał mieć w tym swój cel.
Blackowie także nie zostawią Syriusza w spokoju. Dopóki z nimi mieszkam, Syriusz jest zagrożony. Aby zmusić mnie do wypełniania ich woli, nie cofną się przed niczym. A ja głupia cieszyłam się, że wyjawiłam mój sekret przyjaciołom. I co z tego? Wiedzą o moim pochodzeniu. Fajnie. Emily się ode mnie odwróciła. Jeszcze lepiej. Ale czego ja oczekiwałam? Że po tym wszystkie moje problemy znikną? Że będę mogła żyć normalnie?
Dobre sobie. Dopiero w tym momencie uzmysłowiłam sobie, że nigdy nie będę mogła żyć normalnie. Owszem, będę mogła uciekać. Ale nie ucieknę przed prawdą.
Miałam ochotę się rozpłakać, ale się powstrzymałam. Może to i dziwne, ale nie czułam smutku. W głębi serca przeczuwałam, że nie będę mogła żyć jak normalna czarodziejka, ale łudziłam się, że może coś się odmieni. Karmiłam się nadziejami, żeby nie załamać się losem, który mnie czeka.
Dopiero teraz je porzuciłam i spojrzałam na tę sprawę z realizmem. Nie ma się co oszukiwać. Jest źle. Już nie będę mogła normalnie żartować z Huncwotami, plotkować z Lily, albo uczyć się w Hogwarcie. Ojciec coś dla mnie przygotował, ale ja nie zamierzam się poddać. Bez walki nie podporządkuję się ślepo życiu, które wybrał mi ojciec. Nie wiem, co mnie czeka w przyszłości. Ale cokolwiek to będzie, będę gotowa.
Tej nocy coś się we mnie zmieniło. Nie byłam już tą samą, wesołą i beztroską dziewczynką.
Dorosłam.

Młody, na oko dwudziestoletni brunet pilnie obserwował kobietę przynoszącą mu wodę. Wyglądała bardzo dziewczęco – nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Delikatna blondynka uśmiechnęła się do niego nieśmiało.
— Mogę panu w czymś pomóc? — spytała.
Tom pokręcił przecząco głową. W ogóle nie powinien być teraz w Świętym Mungu. Cholerny wypadek… Przez niego był uziemiony co najmniej na tydzień. Eksperymentował z pewnym zaklęciem, ale niestety coś nie wyszło i zranił sobie rękę. Przez to wylądował tu, w Szpitalu Świętego Munga.
— Kiedy będę mógł wyjść? — zapytał ostro, ignorując dziewczynę wpatrującą się w niego jak w obrazek.
— Za około tydzień — odparła nieśmiało.
Tom westchnął z irytacją. Tyle czasu się zmarnuje…!
— Dlaczego nadal tu stoisz? — spytał wściekły, piorunując wzrokiem uzdrowicielkę.
Ta spuściła wzrok i pospiesznie opuściła salę.
— Idiotka — mruknął do siebie Tom, pogrążając się w rozmyślaniach nad swoimi planami. Nagle coś mu przyszło do głowy.
A może by tak wykorzystać blondynkę w swoim planie?
***
Komentujcie! To naprawdę motywuje. Jest nas dużo, a komentarzy mało.
Za betę dziękuję Lady Delphie.
Miłego wieczoru!

sobota, 29 października 2016

Rozdział osiemnasty

Stałam przed wszystkimi moimi przyjaciółmi. Zgromadziliśmy się w dormitorium Huncwotów. Patrzyłam na ich zaniepokojone twarze. James, Remus, Peter, Lily, Emily. No i oczywiście Syriusz. Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco. Wzięłam głęboki oddech. Spokojnie. Nie jestem sama. Poradzę sobie. To moi przyjaciele. Syriusz spojrzał na mnie pokrzepiająco. Podszedł do mnie i przytulił mnie lekko.
— Dasz radę, Rose — powiedział cicho. — Spokojnie. Zachowujesz się, jakbyś zamierzała im powiedzieć, że jesteś w ciąży.
Roześmiałam się cicho. Spojrzałam na niego z wdzięcznością. On sobie nawet nie wyobrażał, jak jest dla mnie ważny.
— Więc… — Nie miałam pojęcia jak im to powiedzieć. Postanowiłam zrobić to najprościej jak się da. — Moim ojcem jest Voldemort.
Ile osób było w pomieszczeniu, tyle było reakcji. James ryknął śmiechem, krzycząc żartujesz!, Remus zmarszczył brwi, Peter siedział z szeroko otwartymi oczami i usiłował sklecić zdanie, Emily krzyknęła cicho, a Lily zakryła usta rękoma. Tylko Syriusz zachował spokój. Ale on o tym wiedział już od jakiegoś czasu. 
Przez chwilę w pomieszczeniu było słychać tylko śmiejącego się Jamesa.
— Naprawdę dobry żart Rose! — popłakał się ze śmiechu. — Nawet dałem się przez chwilę nabrać.
Spojrzałam na niego z powagą. Nie tylko ja. Twarze wszystkich osób znajdujących się w dormitorium zwróciły się ku Jamesowi.
Chłopak ucichł.
— Czyli… że to nie był żart? — spytał niepewnie. 
Kiwnęłam głową.
— O k*rwa — zaklął James.Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem wszyscy zaczęli mówić naraz.
— Dlaczego wcześniej nic nie mówiłaś?
  — Na Merlina, jak ci współczuję…
— Ale jak to możliwe?
— Jak się dowiedziałaś?
— Przecież to niemożliwe!
— Aż nie wiem, co powiedzieć…
— Ale jesteś pewna na sto procent?
Odczekałam chwilę, aż emocje opadną, po czym zaczęłam wszystko powoli tłumaczyć.
Opowiedziałam im wszystko, od mojego przyjazdu na Grimmuald Place. Pominęłam niektóre epizody, które uznałam za zbyt osobiste, jednak poza tym – mówiłam wszystko. Samą prawdę.
W miarę wypowiadania kolejnych słów czułam się coraz lepiej. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ogromny ciężar. Dopiero gdy się go pozbyłam, poczułam jak wielkim obciążeniem dla mnie był. Wreszcie mogłam odetchnąć z ulgą, bez ciągłych wyrzutów sumienia. Nareszcie mogłam patrzeć ludziom prosto w oczy, bez ogarniającego mnie strachu. Kiedy skończyłam, czułam się zupełnie innym człowiekiem. Z lekkim niepokojem spojrzałam na moich przyjaciół. Na każdej twarzy malowały się inne emocje. Od zaniepokojenia, poprzez lekki strach, do współczucia.
— Tak. To prawda — powiedział wreszcie Syriusz.
— To wszystko to prawda? — spytała Emily z paniką w głosie.
— Tak. — To jedno słowo rozwiało wszystkie wątpliwości.
— Rose… — Lily podeszła i przytuliła mnie mocno. 
Poczułam, jak w moich oczach gromadzą się łzy. Dlaczego, dlaczego nie potrafiłam zaufać? Przez chwilę stałyśmy w objęciach. Nie musiała nic mówić — doskonale wiedziałam, co ma na myśli. W końcu Syriusz chrząknął znacząco.
— Dobra, starczy, bo zaraz się zrzygam od tej miłości.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu roześmiałam się szczerze i bez żadnego napięcia.
Remus wziął głęboki oddech, jakby szykował się do wygłoszenia długiej przemowy.
—  Rose — zaczął. — Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej nam nie powiedziałaś, ale chcę, byś wiedziała…
— Ugh, oszczędź nam tego — przerwał mu James. Remus spojrzał na niego z wyrzutem, jednak on go zignorował. — Rose, jesteś jedną z nas. Po prostu. I twoje pochodzenie niczego nie zmienia.
Nie wytrzymałam. Napięcie z ostatnich dni zrobiło swoje. Rozpłakałam się.
— Nigdy nie zrozumiem dziewczyn – stwierdził Peter, kręcąc głową.
Kiedy wróciłam do dormitorium, nie przestawałam się uśmiechać. Nareszcie pozbyłam się tego sekretu. Ta prawda wydawała mi się mniej mroczna. Zaakceptowali to!
Jednak, jak się okazało później, nie wszyscy.
Kiedy następnego dnia, cała w skowronkach ruszyłam do Wielkiej Sali na śniadanie,  zaczepiła mnie Emily. Zdenerwowana, przestępowała z nogi na nogę, unikając mojego wzroku.
— Możemy porozmawiać? — spytała nerwowo.
— Jasne — odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko. 
Na widok mojego uśmiechu ona speszyła się jeszcze bardziej.
— Rose… Nie wiem jak to powiedzieć.
Byłam zdziwiona. Zwykle szczera Emily nie potrafiła zacząć wypowiedzi. Musiało chodzić o coś faktycznie ważnego.
— Mów — ponagliłam ją.
Westchnęła.
— Jak ty jesteś… no… córką Voldemorta… to ja… ehh, sama nie wiem jak ci to powiedzieć! Nie wydaje mi się, abym się mogła dalej z tobą przyjaźnić.
Spojrzałam na nią zszokowana.
— Że co? — spytałam, śmiejąc się. 
Wydawało mi się to zbyt absurdalne, by mogło być prawdziwe. Emily miałaby nagle zwracać uwagę na takie rzeczy? Ona była ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewała.
— To, co słyszałaś — odparła chłodno.
— Emily, ale dlaczego… — Nie zdążyłam dokończyć. 
Dziewczyna obróciła się plecami, po czym odeszła.

***
Krótko, ale jest :")

piątek, 7 października 2016

Rozdział siedemnasty

Od mojej kłótni z Syriuszem minęły trzy dni. Starałam się żyć normalnie – chodziłam na lekcje, rozmawiałam z dziewczynami i pozostałymi Huncwotami, jednak czułam się źle.
Jakby ktoś odciął mi rękę.
Czułam się, jakbym była zupełnie innym człowiekiem. Jeszcze jakiś czas temu byłam silniejsza. Nie użalałam się tak nad sobą. Teraz próbowałam, ale nie potrafiłam. Byłam innym człowiekiem. Bez przyjaciół nie potrafiłam się podnieść.
Dopiero teraz zrozumiałam, jak ważny był dla mnie Syriusz. Nie doceniałam jego pomocy, jego słów pocieszenia, nawet jego dowcipów, które często bywały denerwujące. Teraz wałęsałam się po Hogwarcie, próbując zachować pozory normalności. Zaczynałam mieć dość swojego życia.
Sekret męczył mnie na każdym kroku. Nie mogłam spojrzeć na Huncwotów bez wyrzutów sumienia. W nocy nie mogłam spać, dręczona własnymi myślami, a najgorsze było to, że to wszystko przeze mnie.
Nie potrafiłam poradzić sobie ze swoimi problemami. Przerastały mnie. Kłótnia z Syriuszem, mój sekret, mój charakter… Wszystko mnie dołowało. Dopiero teraz zobaczyłam, jak ważni są przyjaciele.
Szkoda, że doceniłam to tak późno.
Po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Szybko ją otarłam i rozejrzałam się dookoła. Mimo że byłam w dormitorium sama, nie chciałam aby ktokolwiek zobaczył jak płaczę. Wstydziłam się tego.
Wstydziłam się mojej słabości.
Wstydziłam się siebie.
Nagle usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
Proszę! — powiedziałam, jednocześnie próbując się ogarnąć.
Spodziewałam się Lily lub Emily, toteż zdziwiłam się, kiedy do pokoju nieśmiało wszedł Remus.
Nie przeszkadzam? — spytał, rozglądając się po pokoju.
Nie, ależ skąd — uśmiechnęłam się słabo. — Proszę, rozgość się.
Chłopak wszedł do dormitorium, po czym usiadł na łóżku. Zapadła niezręczna cisza.
— Po co przyszedłeś? — spytałam w końcu. Może i wyszłam na nieuprzejmą, ale mnie było już wszystko jedno.
Remus wziął głęboki oddech.
— Rose, posłuchaj. Ja wiem, że coś się stało. Dlaczego nie chcesz nikomu powiedzieć o swoich problemach? Naprawdę, nam możesz wszystko powiedzieć. Wydawał się naprawdę zmartwiony.
Wzięłam głęboki oddech.
— To nie jest takie proste. — Nieco oschle stwierdziłam.
— Ty mówisz mi, że coś nie jest proste? — Uniósł brwi do góry. — Rose, jestem wilkołakiem.
Chciałam mu odpowiedzieć, ale żadna rozsądna odpowiedź nie przychodziła mi do głowy. Remus ma rację. Nie tylko ja mam problemy. A teraz siedzę tutaj i się nad sobą użalam, zamiast coś zmienić! Nagle obudził się we mnie uśpiony duch przekory. Poczułam, że chociaż odrobinę wracam do siebie.
Pomyślałby kto, że wystarczy zwykła rozmowa z przyjacielem, żeby poprawić sobie humor.
— Masz rację. Ale… — Głos ugrzęzł mi w gardle.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mój problem jest w dużej mierze wytworem wybujałej wyobraźni, której – bez niczyjej pomocy – nie potrafię opanować. Ten moment był przełomowy. Zobaczyłam, jak ważni są dla mnie przyjaciele, i że powinnam im zaufać. Mój sekret nagle przestał wydawać się taki straszny. Przecież znam ich nie od dzisiaj.
Dlaczego dopiero teraz to zobaczyłam? Jaka musiałam być głupia i zaślepiona! Jednak to nie był czas, by płakać nad rozlanym mlekiem. Muszę wreszcie wziąć się w garść, a zacznę od rozmowy z Syriuszem.
— Dziękuję, Remus. — Przytuliłam go, po czym wybiegłam z naszego dormitorium. – Mam do załatwienia pewną sprawę! — krzyknęłam jeszcze.
Chłopak uśmiechnął się.
— Nie ma za co, Rose — szepnął do siebie.

***

SYRIUSZ
Leżałem na łóżku w dormitorium, rozmyślając o Rose. Znowu myślałem o tej małej wariatce. Zależało mi na niej. A ona usilnie robiła z siebie księżniczkę. Rozumiem, że ma problem. Ale czy ona nie widzi, że ma dookoła ludzi, którzy jej pomogą? Przecież nie jest sama! Ma przyjaciół! Ma mnie! Czy ona tego nie dostrzega? Dlaczego zawsze musi robić dookoła wszystkiego wielki dramat?
Wiem, że to nie może być dla niej łatwe. Ale na pewno nie stanie się łatwiejsze, jeżeli nie powie o tym nikomu!
Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie do pokoju.
— Proszę — powiedziałem lekko zirytowany. To pewnie James lub Remus, jednak do pokoju weszła osoba, o której przed chwilą myślałem.
Rose.
Stała, przyglądając mi się nieśmiało. Wyglądała jak zupełnie inna osoba. Z jej oczu zniknęła pewność siebie, zastąpiona nerwowymi, krótkimi spojrzeniami. Zgarbiona postawa pokazywała, że nie czuje się zbyt pewnie. Wydawała się być przytłoczona życiem.
Dlaczego, dlaczego, dlaczego nie pozwoliła sobie pomóc?
— Syriusz… — zaczęła. — Ja… — przerwała na chwilę i westchnęła głośno. — Przepraszam.
— Słucham? — Podniosłem się z łóżka i wolnym krokiem ruszyłem w jej stronę. — Nie przesłyszałem się? Przepraszasz mnie?
Chciałem być bardziej wrażliwy czy empatyczny. Przecież jeszcze przed chwilą było mi jej żal. Nadal czułem te emocje, ale nie potrafiłem ich wyrazić.
W pewnym momencie się przeraziłem, że Rose uraziła moja odpowiedź, jednak ona kontynuowała.
— Zrobiłam głupio.
— Nawet bardzo — dopowiedziałem.
— Czy ty zawsze musisz być taki...taki… — Szukała odpowiedniego słowa.
— Idealny? Niestety, ktoś musi — odpowiedziałem, drocząc się z nią.
— Właśnie o tym mówię — przewróciła oczami, jednak w jej spojrzeniu nie było złości, bardziej radość. Jednak po chwili spoważniała. — Syriusz, mówię na serio. Przepraszam za wszystko. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie ty.
— Nie poradziłabyś sobie, to jasne. — Przytuliłem ją. – Ale od tego jestem. Żeby cię wspierać. Uwierz mi, ja też bym bez ciebie nie wytrzymał.
Nawet nie wiem, skąd we mnie się wzięła ochota na takie romantyczne wyznania.
Może dlatego, że kochałem tę Rose. Tę wiecznie dramatyzującą, chimeryczną, denerwującą, moją Rose. Spojrzała na mnie swoimi brązowymi oczami.
— Mówisz? — spytała zadziornym tonem.
Uniosłem lekko brwi. Chce tak ze mną pogrywać?
Nachyliłem się ku niej, po czym ją pocałowałem.
I dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak ważna dla mnie jest. I miałem ją stracić przez jakąś głupią kłótnię? Co się ze mną stało?
Przytuliłem ją mocno. Chociaż nie chciałem psuć jej nastroju, wiedziałem, że muszę to powiedzieć.
— Teraz tylko pozostaje powiedzieć twój sekret reszcie.

***
Jest rozdział!
Cytując moją wspaniałą betę, "powróciła stara dobra Rose" i "pojawiło się dużo cukru". Szczerze, nie lubię słodzić. Lubię zabijać (bohaterów, of course!). *ekhm, sadystka, ekhm*. Zresztą, sami się niedługo o tym przekonacie. Jednak dzisiaj postanowiłam słodzić na maksa.
Mam nadzieję, że się nie zawiedliście!
~AnesBlack